Na początku był wodór… to nie prawda.
Na początku były Chiny, a dokładnie w grudniu 2007 po spotkaniu z Rafałem, kumplem i globtroterem z Głogówka rodzi się pomysł wyprawy Off Roadowej do Chin na rozpoczęcie Olimpiady. Od słowa do słowa, od spotkania do spotkania wykrystalizował się plan wstępny. Jak życie i cztery następne miesiące pokazały, rzeczywistość pisze własne scenariusze.
W trakcie wyłonił się jeszcze jeden mur Chiński, z którym przyszło nam się zmierzyć. Ten oryginalny jak się okazało to pikuś przy tym, jaki ukazał się podczas załatwiania formalności, zgód i pozwoleń potrzebnych do tego, aby legalnie można było wjechać samochodami do Pekinu. I tak na dwa miesiące przed ustaloną datą rozpoczęcia Wyprawy przyszło nam się wycofać z planowanego projektu udziału czterech samochodów, redakcji DZIEŃ DOBRY TVN, dziennikarza ONETU PL, dziennikarza radia ESKA i zaproszonych gości, czyli Joanny Liszowskiej oraz Grzegorza Halamy.
Niestety po ostatnich wytycznych z Chińskiego MZTu mimo objęcia przez te redakcje i redakcję NATIONALE GEOGRAPHIC TRAVELLER patronatem naszej Wyprawy musimy zrezygnować z zaszczycenia swymi skromnymi osobami Olimpiady i Pekinu. Jednak determinacja i wola walki zwycięża rodzi się nowy pomysł i idea. Rzucam propozycję, jedziemy moją zmotą czyli czteronapędowym skrzyżowaniem Nissana Terrano i Poloneza Atu a to wszystko pod postacią Pickupa czyli PolNissa. Już na własnych warunkach w składzie Marek Chrapkowski, Krzysztof Szczurowski i Piotr Szyszko czyli ja wytyczamy nową trasę – objazd przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Gruzję, Rosję, Ukrainę i Mołdawię Morza Czarnego w sumie to daje 8 tyś km w około 20 dni. Po drodze planujemy dotrzeć do Astrachania nad Morzem Kaspijskim gdzie umawiamy się wstępnie na spotkanie przy najlepszym kawiorze na Świecie z Rafałem Siereckim i Adamem Fidotem, (wyprawy.pizzeria-angelo.pl) z którymi to pierwotnie zamierzaliśmy zdobyć Pekin, a którzy teraz zaplanowali dotrzeć do Kirgistanu 24 letnią Ladą Nivą.
Postanawiamy ruszyć na noc. Auto gotowe, zapakowane sprzętem chcę wyjechać o 23.00 I w tym momencie grom z nieba a właściwie z mediów. W Gruzji zamieszki ! Konsternacja i burza myśli rodzą się w jednej chwili obawy… czy to wojna a jeśli tak to w jakiej skali i o jakim zasięgu ? Ruszać…i co dalej ? Po godzinie i kilku pomysłach na wybrnięcie z impasu decydujemy przełożyć wyjazd do dnia następnego nasłuchując nadchodzących wieści z Gruzji zmieniając jednocześnie diametralnie pierwotny pomysł objechania Morza od strony Turcji, na dojazd do Gruzji od strony Rosji jadąc przez Rumunię, Mołdawię i Ukrainę. Co będzie to będzie czas pokaże…?
DZIEŃ 1 (08/08/2008)
Wyjeżdżam koło 18stej do Strzelec Op. po Marka. Okazuje się, że po załadowaniu jego torebusi, w której zmieściłyby się dwie i pół mojej nie ma już miejsca na rzeczy Krzyśka, którego mamy odebrać z Kędzierzyna. Aby wygospodarować miejsce na pace przerzucam kanistry z wodą i paliwem na bagażnik, wyobrażając sobie jak ten dodatkowy balast i dwa koła zapasowe nad naszymi głowami wpłyną na bujanie Polnissa podczas drogi. Jedziemy po Krzyska z nadzieją, że jego bagaż gabarytowo będzie bardziej przypominał mój a nie Marka. Nie jest źle zapakowałem Krzycha z jego średnim bagażem i decydujemy się jeszcze na nadłożenie kilkudziesięciu km drogi i zaglądnięcie do chłopaków w Głogówku. Wspólna pizza w rodzinnej pizzeri Kukusia, parę pamiątkowych fotek i o 22.00 wracamy na szlak zabierając po drodze jeszcze dodatkową mapę. Już po pierwszych kilometrach drogi ustalamy kolejność zmian na fotelach kierowcy, pilota i na tylnej kanapie. Dzięki temu, że nie zdecydowaliśmy się na czwartego uczestnika Wyprawy uzyskaliśmy komfort , który da nam szanse na pokonywanie non-stop większych odcinków trasy, zmieniając się przy tym tylko miejscami w aucie. Pierwszą zmianę stanowi Marek, ja na pilota, a Krzychu na zmianie wypoczywającej, czyli na tylnych siedzeniach. W Nowym Sączu odwiedzamy wpłatomat za pomocą, którego pozbywamy się teraz już zbędnych złotówek. Podczas jazdy udało się Markowi przetestować ze 3 razy wytrzymałość tarczy sprzęgłowej i naszą odporność na azbestowy dym ze spalanych okładzin…o zgrozo! Już czuję, że w tej podróży będzie się działo. Jedziemy z małą przerwą na filmowanie, a byłą granicę przekraczamy w Muszynce o 3.45 . Średnia spalania gazu wyniosła 17,5 l na 100 km.
DZIEŃ 2 (09/08/2008)
Jedziemy poza autostradą na GPS. 7.30 Debreczyn – budzę chłopaków na stacji benzynowej, minitoaleta, tankowanie. Udało mi się spalić 15,7 l na 100 km. Jest lepiej, ale raczej nie ma co liczyć na jeszcze lepszy wynik skoro swym wyglądem bardziej przypominamy wielbłąda niż samochód, a nasz współczynnik CX zapewne jest wynikiem bliższym temu jaki uzyskałaby wiejska furmanka załadowana chrustem niźli transkontynentalny pożeracz kilometrów. Zaczynamy ciche współzawodnictwo o to, kto osiągnie lepszą średnia spalania. Wjazd do Rumunii 08.00 i po 30 km kończy się GPS w telefonie. Powrót do tradycyjnych środków, czyli mapa na kolanach pilota. Dzięki temu zamiast planowanych 5-6 godz. zrobiło się 12 i jesteśmy na dodatek dopiero w połowie zamierzonej drogi, za to nad bajkowo dzikim i przepięknym zalewem Lacul Sidra. Skoro już ma się te 4X4 nie mogę sobie darować, aby na tym dziewiczym i podmokłym podłożu nie odcisnąć za pomocą PolNissa kilku śladów na obecnie suchej niecce zalewu. Zapada zmierzch decydujemy się wyspać jak ludzie i rozbijamy 2 namioty.
DZIEŃ 3 (10/08/2008)
Jakiś rumuński ranny ptaszek o 7 rano (o żeby go…) 50 metrów od naszych namiotów rąbie drzewo na ognisko chcąc nie chcąc organizując nam pobudkę. W rekompensacie za to otrzymujemy niesamowity obraz nieba przepełniony grą kolorów. Ciemne gęste wręcz burzowe chmury płynące z jednej strony tuż nad koronami rosnących drzew na zboczu gór kontrastują z wschodzącym słońcem i błękitem po drugiej stronie. Mycie w strumieniu zasilającym zalew przy temperaturze wody około 6-8 C stanowi dopełnienie klimatu miejsca, w którym się znaleźliśmy. Śniadanie typowo biwakowe, ale za nic bym nie zamienił tej turystycznej mielonki. Ciekawe jak to jest, że ona tak smakuje tylko w takich miejscach. Jeszcze kilka fotek na pożegnanie i uwiecznienie tego urokliwego czasu, miejsca i się zwijamy. Jestem pewien, że tu jeszcze na hundred % wrócę. W drodze spotykamy w górach polską rodzinę z Brzeska oraz 3 polskich motocyklistów. Ruszamy dalej i po jakimś czasie pierwsze oznaki kłopotów…kończy się gaz a paliwa jak się okazało zabrakło na 9 km przed stacją w Brezoi. Siadam za kółko i nadrabiając miną staram się wykorzystać to, że mamy jeszcze z góry. O 13.00 nomen omen STOP koniec górki i wyssaliśmy już wszystko ze zbiorników. Teraz pozostaje nam liczyć na jakąś przychylną duszę. Jak się po chwili okazuje zatrzymać tu kogoś to żaden problem. Na stację i z powrotem z kanistrem podrzucił nas swoim busem uprzejmy Rumun. Potwierdza się przyjaźń Polsko- Rumuńska. Po zalaniu benzyny dobijamy do stacji gdzie zalewamy dwa zbiorniki i jedziemy do Curtea de Arges i na Caucescu Road – Trasa Transfogarska czyli słynna górska trasa, którą Caucescu wybudował aby móc się chwalić Światu. Ok 15.00 po porzuceniu asfaltu i wbiciu się między górskie wioski niespodzianka. Dojechaliśmy do miejsca gdzie szlak górski, który na mapie był drogą urywa się całkowicie przez osunięcie się całego zbocza na długości około 20m. Dosłownie po chwili pojawia para starszych Rumunów z wioski przez, która jechaliśmy i specjalnie tu wdreptali za nami aby wskazać nam objazd. Wykorzystując 4 napędy decydujemy się dla tych górskich widoków nadal przebijać drogami drugorzędnymi, czyli bezdrożami. Jazda górską drogą doprowadziła nas do następnej wsi w której udało nam się kupić 15 jajek za 5$ i przy okazji nawiązujemy kontakt z dorodną przedstawicielką góralskiej społeczności Michaelą. Z najdroższymi jajkami ruszamy w dalszą drogę i przy okazji w Cicianesti robimy zakupy w trakcie, których Rumuni próbowali nas naciąć lekko licząc na 500 % . W h… to Szweda, bo Polak się nie da i zamiast 61 lei zapłaciliśmy 3,61 lei oraz na odchodnym otrzymujemy w bonusie następne 3 jajka. Dojeżdżamy do twierdzy Poenari – prawdziwego zamku Vlada IV Tepesa Drakuli. Marek błyska wiedzą jak się zresztą okaże nie jedyny raz podczas tej podróży i już wiemy, za co tak naprawdę nie kochano tego władcę i skąd ta jego późniejsza „sława”. Decyduję się z Markiem na pokonanie 1440 stopni dzielących podnóże zamku do jego murów. W rewanżu mamy widok na całą przełęcz i panoramę pięknych Rumuńskich gór. Schodzimy i ruszamy malowniczą trasą Transfogarska (Caucescu). To rzeczywiście inny kraj tutaj nawet mój widok jadącego na pace auta z kamerą nikogo nie dziwi włącznie z Policją. Przed nami nocna przeprawa przez górską przełęcz na wys. ponad 2 tys. m. Marek dostaje żółtą kartkę za następnych kilka prób spalenia sprzęgła. Godz 22.00 stoimy w wielokilometrowym korku, podejmujemy strategiczną decyzję – opuszczamy korek i wertepami oraz drogami bocznymi omijamy go. Godz. 2.30 przybywamy na miejsce noclegu Rasnow i pod Chłopskim zamkiem nocujemy.
DZIEŃ 4 (11/08/2008)
Poniedzialek 7.30 pobudka, tym razem budzi nas wywrotka i koparka. Pyszne śniadanie – jajecznica ( jajko- „wow”, lub „łoł” po Rumuńsku podobno) z najdroższych jaj na cebulce + kiełbasa Godz. 9.00 wyjazd z obozu, niespodzianka, koparka przekopała nasz wyjazd na drogę włączam 4×4 i bez specjalnych problemów PolNiss rączo przeskakuje przez rów. Zwiedzamy zamek Rasnow, który był stolicę państwa krzyżackiego a następnie zwany „Chłopskim Zamkiem” i jedziemy zwiedzać filmowy zamek Drakuli – Bran, który jak się okazuje z Drakulą nie ma nic wspólnego. Po drodze przy kolejnej próbie spalenia przez naszego dzielnego Kubicę tarczy sprzęgła nie zdzierżyłem… udało mi się z tylnego siedzenia dzięki zagłówkowi trafić Marka tylko w jego okulary, które miał na czubku głowy. Na szczęście nie wypadły za okno. Podejmujemy strategiczną, ale jedynie słuszną decyzję, która może nam ocalić sprzęgło i ustrzeże nas od kłopotu, jakim niewątpliwie byłaby wymiana tarczy sprzęgła pewnie już na Ukrainie. Od tego momentu Marek obejmuje zaszczytną funkcje pilota Wyprawy i awaryjnego kierowcy. Wyjazd przez Braszów, tankowanie gazu i szukanie stacji, która przyjmie karty płatnicze, wreszcie OMV i opuszczając wszechobecne góry jedziemy do Kiszyniowa w Mołdawii, ok. 425 km wg mapy. Arbuz kupiony w Oradei jedzie z nami 3 dzień i ma się dobrze, bo mamy akurat ochotę na nektarynki, które odnajdujemy mimo, że zakamuflowały się pod siedzeniami w samochodzie. Godz 23.50 granica Rumuńsko- Mołdawska – Albita. Stronę Rumuńską przekraczamy szybko, miło i wesoło. 23.57 – czekamy po stronie Mołdawskiej na wjazd. Celnik sprawdził dokumenty rzucił oczekiwane „horoszo” i zabrał się do odcyfrowywania numeru VIN naszego wehikułu. I tu pojawiły się trudności niestety nie obyło się bez konsultacji z następnym celnikiem i tłumaczeniu im, iż w przyrodzie i na Świecie drugiego takiego egzemplarza auta nie ma, to ich przekonało i możemy jechać/ godz. 0.30/. Tak nam się wydawało, bo.. nie ma miejsca żeby wyjechać blokują nas inne auta…..Poczekamy w korku jesteśmy odprawieni o 00.50 wjeżdżamy do Mołdawii. Zaliczyliśmy jeden z etapów, jakim była Rumunia. W sumie okazało się, że z planowanego 1,5 dnia zrobiło się prawie 4, ale czujemy i tak niedosyt po tym, co zobaczyliśmy w Rumuni. Zgodnie potwierdzamy, że tydzień to minimum, który trzeba by przeznaczyć na ten kraj i te niepowtarzalne góry z ich własnym klimatem.
DZIEŃ 5 (12/08/2008)
Wtorek godz 1.32 bez postoju jedziemy dalej wyjeżdżamy z parkingu po małym remoncie – próbuję zastąpić czymś oberwane dwa wieszaki układu wydechowego, dolewam lekko wyciekający płyn hamulcowy i dokręcam nieszczelny przewód. Kierunek Kiszyniów prowadzi Krzysiek, czuwam ja śpi Marek. W nocy wjeżdżamy do Kiszyniowa i przejeżdżamy go wzdłuż i wszerz. Wyjeżdżamy w kierunku granicy z Ukrainą. Godz 7.15 jesteśmy na granicy.. Na 20 km przed granicą pękam za kółko siada Marek. Potrzeba snu mocniejsza od samozachowawczego instynktu… Jedziemy dalej tzn…tylko raz zmylił na przestrzeni 20 km drogę, ale konsekwentnie mimo, że asfalt się skończył sporo wcześniej jechał do końca, czyli do zagrody rolnika gdzie się budzę nieco zdziwiony widokiem gospodarstwa zamiast oczekiwanej granicy, acha przy okazji udaje mu się wykonać następny test na wytrzymałość tarczy sprzęgła. Nadal jednak wytrzymuje i tym razem (z czego Ci Japończycy robią te samochody ?). Nareszcie granica, stajemy ok. 500 m od granicy w kolejce. Kurna łza się kręci w oku wracają wspomnienia… jak za starych dobrych czasów czyli 20-30 lat temu na Polskich przejściach granicznych. Okazuje się, że cały ruch przez granicę jest odprawiany przez jednego urzędnika rejestrującego przepływ ludzi faken dramat. Któryś z mundurowych zadaje pytanie czy jedziemy na wojnę do Gruzji ???? W sumie po ok. 3 godz. jesteśmy na Ukrainie. Zwracamy uwagę na fakt wyrzucania przez wszystkich śmieci prosto pod nogi, nikt się czystością nie przejmuje. Dojeżdżamy i zwiedzamy Turecką twierdzę Akerman, Dniestrowski Liman oraz kąpiemy się w morzu w drodze do Odessy. W Odessie spotykamy Piotra Bartoszyna na Harleyu , który przyłączył się do nas. Wspólnie pojechaliśmy na kemping nad samym brzegiem morza. Z Odessy Marek ma kłopot z wyprowadzeniem nas za miasto, więc skorzystaliśmy z pomocy ukraińskiego motocyklisty. Dojechaliśmy na plażę i 3 m od brzegu morza stawiamy Polnissa i rozbijamy namioty. Wieczorem impreza, wypiliśmy rumuńską Palinkę, Whisky i piwska, trochę pośpiewaliśmy, w nocy kąpiel w morzu nago przy świetle reflektorów.
DZIEŃ 6 (13/08/2008)
Środa wstaliśmy rano, choć nie wszyscy, co niektórzy długo dochodzą do siebie/ kąpiel w morzu, spacer brzegiem. Dzisiaj też ma miejsce historyczne wydarzenie. Wszyscy za przykładem Krzyśka zamieniamy sól z naszego potu na sól morską piorąc po raz pierwszy po sześciu dniach w morzu przyodzienie jakimi są nasze wyprawowe koszulki. W tym czasie co prawda odcieliśmy im z gracja za pomocą scyzoryków rękawy które, doskonale spisują się teraz w roli szmatek do wszystkiego. Niewątpliwie fenomen używania przez nas przez cały czas po jednej parze ulubionych spodenek i dwóch Tiszertów postawił pod olbrzymim znakiem zapytania celowość i sens pakowania naszych rzeczy osobistych, czyli ubrań. Wiem, że się przepakowałem, ale co ma powiedzieć Marek ze swą szafą ciuchów wciśniętą w tą monstrualną torbę? Przed wyjazdem naciągam linkę sprzęgła a chłopaki utwierdzają sąsiadujące z nami 2 rodziny ukraińskie o tradycyjnym słowiańskim braterstwie, zrobiliśmy sobie fotki, wymieniliśmy się telefonami i umówiliśmy się na kontakt. Wyjechaliśmy niechętnie po 15.00 z plaży i obieramy kierunek Krym. Przed Nikołajewem okazuje się, że z tylnego koła schodzi powietrze, dopąpowujemy nie zmieniając go. Jedziemy systemem non stop i docieramy do Ałuszty jednego z kurortów Krymskich o 4.00 rano. Postanawiamy z marszu zanim nie padniemy na twarz przejść się deptakiem. Zaraz po tym ruszyliśmy szukać kempingu. Kemping znaleźliśmy, ale zamknięty decyzja śpimy jak się da. Ja ląduję na dachu na kołach, Piotr Harley na pace, Krzysiek z tyłu na siedzeniu a Marek z przodu na siedzeniu.
DZIEŃ 7 (14/08/2008)
Czwartek wstaliśmy o 8.00 rano i o dziwo wyspani walimy nad morze na kąpiel. Po drodze trafiamy na handlarkę sprzedającą miejscowe wyroby przemysłu winiarskiego, degustujemy wszystkie gatunki i podejmujemy jak zwykle wspólna i zgodną decyzje, co do wyboru krymskiego specjału. Morze nie zawodzi jest ciepłe około 26 C i mniej słone jak nasz Bałtyk. Spotykamy sie z przyjaznym zainteresowaniem ze strony Ukraińców. Krzysiek nawiązał przyjaźń Polsko – Ukraińską z Nataszą. Nie chętnie, ale kończymy tą plażową sielankę i wyjazd na zakupy. Wieczorem zostawiam chłopaków na chwilę i wynajduję na zboczu góry doskonałe miejsce do noclegu. Z Campingu rezygnujemy a właściwie to nazwa Camping tak pasuje do tego, co zobaczyliśmy jak wózek mleczarza do samochodowej chłodni. Dodatkowym plusem tego jest kilka dodatkowych hrywien zaoszczędzonych w budżecie Wyprawy. Marek decyduje się zostać na nocleg a my pajechali do Ałuszty „poguliać”. Katastrofa ten wieczór w towarzystwie Nataszy kosztował nas 750 hrywien, co przy tutejszych cenach gazu daje mniej więcej 2 tyś km i w „promocji” jak się okazało nazajutrz była dodatkowo moja niestrawność. Odradzam potrawy z grzybami. Jak się okazało nie zawsze podają tu świeże, ale za to liczą jak za trufle?
DZIEŃ 8 (15/08/2008)
Piątek wstaliśmy rano po raz pierwszy wyspani, tradycyjna już kąpiel w morzu i ruszamy o 12.37 do Kercza wraz z Piotrem B (Harley). Przed wyjazdem jeszcze wymiana koła, z którego schodzi cały czas powietrze. Stało się!!! W drodze do Kercza przed Sudakiem potwierdza się teza o jakości dróg Ukraińskich. Wpadamy w dziurę na drodze i łamiemy ramę nośną nad tylną osią. Dojeżdżamy z wiszącym tyłkiem PolNissa do Sudaka szukamy mechanika i jakąś pomoc medyczną gdyż ja przenoszę się tylna kanapę leżąc po zatruciu mało przytomny. Chłopaki zmuszają mnie do zaaplikowania sobie zawartości butelki Cocacoli, co owocuje uwolnieniem ptaka i okazuje się po jakimś czasie zbawienne dla mojego żołądka. Jak się okaże wieczorem mogę już w miarę funkcjonować. Chłopaki przejmują stery w poszukiwaniu ratunku dla PolNissa. Niestety mechanicy spotkani odmawiali naprawy bądź twierdzili ze zajmie im to kilka dni. Na koniec trafiamy na krymskiego Tatara Kurtmera ,który deklaruje pomoc przy pracach remontowych w ramach „mieżdunarodniej drużby”. Ostatecznie po objechaniu okolicy w poszukiwaniu blachy i odpowiedniej spawarki zabieram się przy wydatnej pomocy Piotra B za remont na podwórku Tatara. W trakcie naprawy okazuje się, że załatwiona spawarka wymaga osobistej obsługi jej właściciela i konstruktora i spawanie musimy odłożyć do następnego dnia do przyjazdu tegoż. Dzień ten wsławił się licznymi „ciułała” w wykonaniu Krzyśka /chyba grzybki, grypa albo jeszcze coś innego/. Niestety strata dnia spowodowała to iż musimy zweryfikować po raz ostatni nasz plan…odpuszczamy Astrahań byłoby ciężko wyrobić się teraz w czasie.
DZIEŃ 9 (16/08/2008)
Sobota po przenocowaniu pod gołym niebem na podwórku u Kurtmera wzięliśmy prysznic, dokończyliśmy naprawę. Syn Kurtmera obdarowuje swoją tatarską czapeczką Marka, mówiąc, że odtąd jest Tatarem. Mieżdunarodna pomoc kosztuje nas 130 $ dla Kurtmera i 300 hrywien dla spawacza. Po 13.00 wyjazd na Kercz po drodze zakupy na, które jadę z Piotrem Harley jego 1500 Vałką. Na pamiątkę nabywamy Tatarskie nakrycia głowy i czuję, że powoli dochodzę do siebie po zatruciu. Na stacji benzynowej w Sudaku Marek wchodząc na Harleya Piotra B chcąc uwiecznić tą chwilę parzy sobie o rurę wydechową nogę. Około 18.00 dojechaliśmy do portu Krym na Kerczu. Godz 22.01 kupno biletów 386 hrywien, wcześniej ubezpieczenie auta 280 hrywien. Skorzystaliśmy z bankomatu Raiffaisena w Kerczu. Wyjeżdżając z miasta w drodze do portu zatrzymujemy się kilka km za miastem na wzniesieniu i robimy fotki panoramy portu, cieśniny i Rosji. Docieramy do portu, przepakowywujemy rzeczy Piotra B., który zawraca z powrotem na swoim Harleju na Krym. Jadę z nim, aby znaleźć wspomniany wyżej bankomat w porcie niestety takie dobrodziejstwo nie ma miejsca. W Kerczu okazuje się, że bankomat na dworcu autobusowym nie rabotajet a następne dwa są gdzieś w mieście? Łapię Ukrainko-tatarkę która pomaga mi i po objechaniu całkiem sporego i z ciekawą architekturą miasta znaleźć bankomat. Marek z Krzyśkiem pieszo i odganiając się od tutejszych komarów czekają w samochodowej kolejce trzymając miejsce. Udaje mi się po 2 godz. wrócić z wybranymi pieniędzmi. Zabieram nasze dokumenty i idę załatwić bilety na prom. Dostajemy nr 13 w kolejce oraz zostajemy naciągnięci na kolejne niby obowiązkowe ubezpieczenie auta. Jak się okazuje system na bezczelnego wciskania się w kolejkę to tu zwyczaj tak się przynajmniej wydawało Rosjaninowi, który Nissanem Navarą w wersji japońskiej czyli z kierownica po prawej stronie wbił się w lukę za nami. Swoją drogą będąc już w Rosji liczyliśmy auta z kierownicą po drugiej stronie w śród nowych pojazdów i wychodzi fifty-fifty ? Przy odprawie pada jak zwykle już tradycyjne pytanie czy jedziemy na wojnę do Gruzji. Czy my tak wyglądamy a może nasze autesio robi wrażenie wozu bojowego? Bez pał litra nie razbieriosz. Próbuję jeszcze zgrać kamerą port i odprawę i słyszę przez otwarte okno…mam pisati raport ? Jak ten starszyna to zrobił, ze go nie widziałem ? Godz 1.19 prom wraz z nami i 35 innymi autami odbija od wybrzeża Ukrainy. Przed nami Rosja.
DZIEŃ 10 (17/08/2008)
Niedziela.. Z promu zjeżdżamy ok. 3.00 i kierujemy się na Noworosyjsk. Po drodze już po kilku km pierwsza kontrola Milicji, okazuje się, że powinienem mieć międzynarodowe prawo jazdy. Cud albo, co, bo obyło się bez mandatu czy choćby innej daniny. Jeszcze 2 razy w czasie drogi zatrzymywała nas milicja i coś do nas miała a to, że przekroczyliśmy dozwoloną prędkość o 36 km, co zresztą było prawdą ale zawsze po rozmowie na temat naszej wyprawy i oglądnięciu PolNissa pytaniu czy jedziemy w wiadomym celu do Gruzji puszczano nas bez konsekwencji. Zmieniam powoli zdanie, co do Policji i Milicji zarówno na Ukrainie jak i w Rosji. Nad ranem Marek siada za kółko i jak się później przyznał zdarzyło się mu przysnąć nad ranem za kierownicą, ale po nierealnym śnie zorientował się ze śpi i się ocknął. Daję zmianę za kierownicą. Chłopaki śpią w trakcie drogi do czasu kiedy to o mały włos nie rozjechałem jakiegoś Rosjanina wraz z jego ładzianką, którą jadąc przed nami 4m z prędkością około 80 km zawrócił bez sygnalizowania tego manewru, no w sumie po co on przecież zdążył a ja w ostatniej chwili wybrałem pobocze. Konsekwencją tego manewru oprócz kilku metrów zostawionego bieżnika na Rosyjskiej drodze jest zerwana antena, którą skosił nasz bagażnik zsuwający się z dachu wraz z kołami i kanistrami. No cóż tu widać to norma a ja muszę wprowadzić do pamięci operacyjnej nowe informacje. Rano wjechaliśmy do Noworosyjska i mogliśmy oglądać miasto, port oraz zgromadzone w nim statki w tym wojenne. Koło 14.00 zdecydowaliśmy się na postój i kąpiel w rzece maomazja… Marek do wody nie wchodzi, bo mu niestety rana na nodze nie pozwoliła na ten luksus. Po kąpieli ruszamy w dalszą podróż do Soczi. Po południu dotarliśmy do Soczi znaleźliśmy hotel 3 gwiazdkowy, za który zapłaciliśmy 420 zł /4500 rubli/ a co okazało się kompletną porażką wartą, co najwyżej 1 gwiazdkę w Europie. Zmęczeni po podróży, zakupach między innymi tutejszych wyrobów przemysłu spirytusowego kładziemy się spać, Krzysiek zaklepuje sobie miejsce na balkonie.
DZIEŃ 11 (18/08/2008)
Poniedziałek rano wstaliśmy, skorzystaliśmy z Internetu i po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku granicy Abchaskiej bo tak się ja tu traktuje. Zaglądamy do kilku warsztatów w nadziei naprawy coraz głośniejszego tłumika i kolektora. Niestety nie naprawiliśmy z powodu braku części i udajemy się, więc na granicę rosyjsko- gruzińską. Jesteśmy parkujemy 200m przed stąd widzimy prawie normalna granicę za, którą jest wojna. Co najmniej dziwne wrażenie biorąc pod uwagę, że tu sie tego wogóle nie zauważa czujemy jakbyśmy tu byli nielegalnie. Podchodzimy pod celników próbując wysondować nasze szanse na legalny wjazd do Gruzji. Kicha owszem wpuszczą nas, ale z powodu wizy z adnokratnym zezwoleniem wjazdu nas juz z powrotem nie wpuszczą. Pytamy czy możemy zrobić pamiątkowe foty, na co nas postraszono FSB i wiążącą się z tym ewentualną wycieczką na czas nieokreślony na koszt Rządu Rosji jeżeli będziemy robili zdjęcia. Zawracamy to punkt zwrotny w naszej Wyprawie. Pstrykamy jednak z pewnej odległości pamiątkowe foty i nic tu po nas. Może w Górach Kaukazu pojawi się szansa na dotarcie do Gruzji. Mapa na kolana i kierunek góry-Gruzja. Już po kilkudziesięciu km dojechaliśmy do słynnego u miejscowych zdrowotnego źródełka i szlabanu strefy granicznej. Pytamy pilnujących tego wjazdu o szanse wjazdu na co słyszymy „bez spejalnego propuska nie lzja” rzut oka na mapę plus rozmowa i już wiemy, że jedyne co możemy osiągnąć to wjazd trudną terenową drogą na sam szczyt kaukaski Acziszcho 2391 m.n.p.m. Tak też czynimy i jesteśmy tam tuż przed zapadnięciem zmroku. Rozbijamy się na nocleg w kraterze wygasłego wulkanu pod szczytem obok jeziorek Chmielewskij. Wieczorem zjedliśmy kolację opróżniamy flaszkę lokalnego wina kaukaskiego i chłopaki łapią wenę…zaczęli repertuar od „Rycerzy trzech…” „Wołodyjowskiego” a skończyli pieśniami patriotycznymi. Dałem radę postanowiłem być tak twardy jak PolNsis. Kończy im się repertuar po godzinie i kładziemy się w kimono. Co najważniejsze na tej wysokości po raz pierwszy mamy przyjemność spać przy zbawiennej temperaturze około kilkunastu stopni.
DZIEŃ 12 (19/08/2008)
Wtorek rano bardzo długo zbieraliśmy się do kupy, po czym wspinamy się na punkt widokowy z panoramą gór Kaukazu. W tym czasie zaczyna się prawdziwy zlot wszystkich Uazów z rejonu o promieniu 50 km od szczytu. Jest to jedna z atrakcji, jaką można sobie zafundować w korzystając z wielu firm świadczących usługę polegającą na wykupieniu sobie takiego ekstremalnego wjazdu. Następny sentymentalny dla mnie moment w końcu te 23 lata temu od kupna takiego auta zaczęła sie moja przygoda z Off Roadem i proszę gdzie mnie to zaprowadziło…. Decydujemy się przed zjazdem na degustacje oryginalnych potraw kuchni Kaukaskiej. Na początek zupa o nazwie na „P” z dodatkiem w postaci jednej łyżki na 3 osoby jakichś okolicznych ziół, które charakteryzują się tym, czym papryka chili. Marek kręci kamerą wykorzystujemy to i po jego powrocie perfidnie podpuszczam go na tą łyżkę. Zjadł pół całej porcji…no cóż jak to mówią nic tak nie cieszy jak krzywda bliźniego…jego mina wynagrodziła mi niewątpliwą utraty sporej sprawności tarczy sprzęgłowej. Zjedliśmy te śniadanio-obiado-kolację i już w trakcie posiłku zainicjowaliśmy dyskusję na polityczny temat czy Stalin był zły czy nie. Stary Rosjanin go krytykował, co wywołało wściekłość Gruzinów, wywiązała się kłótnia. Szybko opuściliśmy towarzystwo spodziewając się, że za chwilę zrodzi się kolejny konflikt kaukaski. Zjazd w dół zaliczam na pace starając się jedną ręką kręcić materiał filmowy z tego ekstrim zjazdu a drugą utrzymywać kontakt z orurowaniem auta. Ja dojechałem cały, ale jak się okazało na dole kosztowało mnie to utratę telefonu komórkowego. Trudno za to może zapłacę mniejszy rachunek nie używając go. Postanawiamy jeszcze raz poszukać szpeca od układu wydechowego, który uszkodziliśmy już w Rumunii a teraz już oznajmia nasze pojawienie szybciej niż nas można zobaczyć. Z czterech wieszaków oryginalnych pozostał tylko jeden a przed nami jeszcze tylko 4 tyś. km drogi powrotnej. Udaje się nam odnaleźć warsztat, ale okazuje się, że właściciela nie ma. Decydujemy się nie czekać i jechać tak jak jest licząc na to, że kolektor jest zbudowany z podobnej jakości materiałów, co tarcza sprzęgłowa. Chcemy dojechać na Krym bez zatrzymywania się po drodze jednak po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymujemy się na 2 godzinną kąpiel w morzu. Liczę na mniejszy ruch na drodze wieczorem, ponieważ mimo kilkugodzinnej jazdy niewiele zrobiliśmy drogi. Średnia nasza prędkość to 30-40 km/godz. Non stop zjazdy, podjazdy i ciężarowe Tiry + leciwe autobusy. Za kółkiem zastępuje mnie Krzysiek i dociera do Noworosyjska gdzie znowu robimy zmianę. Spokojna jazda trwała do 01.00 w nocy bo o tej godz słyszę szczęk podczas zmiany biegu i pedał sprzęgła mam w podłodze. Pękła linka sprzęgła. W aucie mimo, że chłopaki śpią cisza jeszcze się pogłębiła. Marek proponuje postój do rana, aby naprawić auto Krzysiek i ja decydujemy się jechać dalej. Bez sprzęgła udaje mi się pokonać ostatnie 50 km do portu Kaukaz. Marek wali do kolejki po bilety a ja staram się ten czas wykorzystać na próbę regeneracji linki sprzęgła za pomocą linki ochronnej szyby /odciągowej bagażnika dachowego. Niestety nie zdążyłem. Wzbudzamy niezłą sensację w śród pograniczników i celników w porcie i przy odprawie przemieszczając się systemem skokowym bez sprzęgła.
DZIEŃ 13 (20/08/2008)
Środa o godz 6.00 wjeżdżamy na prom, oczywiście nie obchodzi się bez wpychania z boku i kombinacji, mimo że jest się w kolejce to każdy chce cię wyprzedzić. Ok. 7.00 zjeżdżamy z promu na ukraiński ląd. Jazda dzień i noc dystansuje nas do wszystkiego i wszystkich. Przy odprawie znajoma twarz starsziny. Co powoduje, że czujemy sie prawie jak u siebie i mimo kłopotów z autem wprowadza mnie i chłopaków w tradycyjnie dobry humor. Zjazd do Kerczu i kierunek – Morze Azowskie non stop bez sprzęgła. Po drodze jedna kontrola milicyjna i mała przygoda z otwartą klapą paki. Na szczęście przychylny Ukrainiec zasygnalizował nam, że wysypują nam się bambetle z paki. Zakupy we wiosce po drodze, dostajemy od sklepikarki jej własne ogródkowe pomidory i jedziemy nad morze z zamiarem zrobienia sprzęgła. Docieramy bez większych przeszkód i jesteśmy nad prawie pustą azowską plażą. Naprawa zajęła mi ok. godziny. Próbna jazda potwierdza sukces. Robimy sobie plażowy dzień i zostajemy nad morzem. Temperatura jak zresztą przez te wszystkie dotychczasowe dni od kąd dojechaliśmy do morza ponad 35C a wody około 26C. Spędzamy cały dzień nad morzem a wieczorem idziemy na lokalną dyskotekę gdzie przy muzie i szyszy spędzamy miły czas.
DZIEŃ 14 (21/08/2008)
Czwartek koło południa składamy nasze obozowisko z plaży i wyjeżdżamy do Sudaku. Po drodze wjeżdżamy z drogi na step i filmujemy jazdę w trudnym pagórkowatym terenie. Ja zostaję z kamerą na dole i filmuję a Krzychu z Markiem za kółkiem zdobywają górę…i jak to nazwać pech ? „PolNiss podczas podjazdu na szczyt odmawia współpracy. Przez radio mnie informują o zaistniałej sytuacji nie chcę w to uwierzyć…Marek za kierownicą…no tak. Na szczęście po kilku metrach pchania mają z górki. Wykorzystują w tym momencie kochaną grawitację i zjeżdżają w moim kierunku. Po chwili okazuje się, że tak jak sie stracił duch w pojeździe tak się i pojawił. Dojeżdżają do mnie i czuje jak mi spory głaz spada pod nogi gdzieś z okolicy serca. Nie odważam się już na rozstanie z kierownicą i wracamy na asfalt. Licho nie śpi a do domciu daleko. Zatrzymujemy się w Fiedosii korzystamy z Internetu oraz robimy zakupy. Jedziemy dalej. Kilka kilometrów przed Sudakiem okazuje się, że moje podejrzenia, co do licha się sprawdzają. ( to jakieś diabelskie miejsce w tamtą stronę rama a teraz…) Stajemy i przyczyna tkwi wyraźnie w układzie zapłonowym. Zupełnie nie mam pojęcia, który z elementów zawodzi. Po odczekaniu chwili jednak auto odpala jedziemy dalej. Wieczorem docieramy do kempingu za Sudakiem gdzie nocujemy.
DZIEŃ 15 (22/08/2008)
Piątek rano wstajemy, śniadanie, tankowanie i wyjazd. Kilka km za Sudakiem PolNiss staje ponownie. Odczekujemy chwile i na kilka sekund silnik odpala, na tym koniec. Nic nie mówię, bo wizja, którą mam przed oczami nie należy do kolorowych. Marek z Krzyśkiem zostają przy aucie a ja idę szukać pomocy w holowaniu auta do elektryka. Trafia się Iwan młody około dwudziesto paro letni chłopak już lekko podpity mimo porannej pory zagląda pod maskę i o dziwo znajdujemy przyczynę awarii – przegrzewająca się jedna z cewek, ale akurat ta, która daje prąd na gaz i iskrę na zapłon. Poprawiamy jej chłodzenie demontując halogeny i przednią listwę i odginam jej mocowanie, aby miał lepsze chłodzenie. Jedziemy dalej. Po drodze odwozimy Iwana i przy okazji nowa krótka znajomość z Kasią z Petersburga i jej koleżanką, które zabierają się z nami na stopa. Podwozimy je po drodze na ich kwaterę i jedziemy dalej do Kasandry. Auto jedzie już w porządku. Dojeżdżamy Wino…coś tam Kasandry i chłopaki ją zwiedzają a ja jadę na zakupy do Jałty. Następnie jedziemy na nocleg do ARTEK-u, który okazuje się monstrualnie rozbudowanym kompleksem i zbiorowiskiem wszelkiego rodzaju wcześniejszych i teraźniejszych ośrodków wczasowych. Nocujemy przy jednym z boisk.
DZIEŃ 16 (23/08/2008)
Sobota. Po śniadaniu ruszamy na podbój Jałty. Zaliczmy Cerkiewkę a w niej dwie uroczystości a mianowicie chrzest dziecka i…poświęcenie nówki Daewoo. W centrum w porcie się dzielimy. Marek ze mną okrętujemy się na stateczek, którym zabieramy się na wodną wycieczkę wzdłuż wybrzeża do Jaskółczego gniazda gdzie autem ma na nas czekać Krzysiek. Rejs trwał ok. 40 minut. Z Jaskółczego Gniazda obieramy kierunek na pałac „wielkiej trójki” pod Jałtą. Pod pałacem mimo zakazu i ochrony dokonujemy śmiałego podjazdu pod sam pałac w celu zrobienia zdjęć, po czym robimy odwrót bez strat własnych. Teraz przed nami „Woroncowskij Dworzec” i po tym następnym zabytku ruszamy na Bałakławę. Docieramy do Bałakławy, robimy zakupy głównie napoje. Wjeżdżamy w miasto i miłe zaskoczenie droga kończy się nie na plaży, lecz w porcie zatoki miasta. Parkujemy nad samym brzegiem, czyli przy deptaku. Pytamy o kemping i okazuje się ze najbliższy jest w Sewastopolu i nazywa się OMEGA. Jedziemy do Sewastopola zwiedzając to piękne miasto z samochodu. Zamiast do OMEGI trafiamy na miejską plażę „słoneczna”. Następne wrażenia to zderzenie z przygnębiającą rzeczywistością – wszędzie pełno brudu. Szukamy OMEGĘ i znajdujemy, ale okazuje się ze to nie jest camping, lecz zamknięty kompleks kilku budynków położony między placami budowy. Za nocleg chcą kosmiczną kwotę 600 hrywien, więc rezygnujemy i wracamy do Bałakławy. Znowu port tyle, że jest już wieczór. Szukam z Markiem kwatery i znajdujemy tyle, że to co znajdujemy to cuchnąca nora z której szybko uciekamy. Znajdujemy 3 pokoje w bloku z tym, że wraz z właścicielami. Za 200 hrywien Ci ludzie oddają nam do dyspozycji 2 pokoje. Przy okazji robimy generalne pranie naszych ubrań. Wieczorem Marek zostaje na kwaterze a ja z Krzyśkiem jedziemy do portu. Parkujemy na nabrzeżnym deptaku i już po sekundzie podchodzi do nas grupa młodych Ukraińców i Białorusinów. Nawiązuje się coraz bardziej zażyły razgawor, na który zapewne ma wpływ barterowa wymiana alkoholu, oni wino a my częstujemy ich naszym piorunującym mikstem. Rozstajemy się na dobrej „bani” i ruszamy z kamerą w poszukiwaniu nocnych wrażeń i na podbój okolicznych przybytków i barów. Dochodzimy do oryginalnej knajpy repliki starego żaglowca stojącego przy nabrzeżu. Impreza trwa, ale zamknięte… jednak SONY 150tka w ręce robi wrażenie na bramkarzu i wchodzimy na statek – knajpę. No cóż wchodzimy i mimo lekkiego no może bardziej niż lekkiego upojenia wyraźnie widzę w kamerze i nie tylko, że towarzystwo, które zaszczyciło swoimi osobami tę imprezę należy do grupy ludzi z branży interesów „różnych”. Kręcę to z mieszanymi uczuciami i patrząc na Krzyska zastanawiam się czy wyjdziemy sami drzwiami czy przez burtę sprawdzając jednocześnie głębokość wody w porcie. Na szczęście biorą nas za zagraniczną ekipę TV i wychodzimy jak ludzie przez trap. Kończymy program rozrywkowy ok. 2 w nocy. Wracamy na kwaterę budzimy przez radio Marka wywołując go, aby nam otworzył drzwi nie budząc gospodarzy.
DZIEŃ 17 (24/08/2008)
Niedziela. Chyba budzimy się z lekkim kacykiem a Mareczek rześki jak noworodek. Rano śniadanie i wyruszamy z naszym gospodarzem zwiedzać sztolnie remontowe łodzi podwodnych w Bałakławie. Okazuje się ze pracował tam ponad 30 lat z około 60- ma innymi pracownikami. Teraz jest tam muzeum. Po zwiedzaniu ruszamy do Bakczysaraju, do którego dojeżdżamy około 11.00. Zastajemy tu kilka grup Polaków, rozpoznajemy się z offroadowcami pamiętają imprezy w Opolu, które organizowałem 18 lat temu. Okazuje się, że skrócili sobie drogę przez Mołdawię i trafili tak jak Piotr B. do Nadniestrzańskiej samozwańczej republiki gdzie musieli zapłacić łapówkę za przejazd 100 euro a gdzie on spędził 9 godz. na granicy z wizją 5 dniowego aresztu przy okazji pozbywając się wszystkich złotówek, które mu zarekwirowali pod pretekstem nie wpisania kilkudziesięciu drobnych groszy do deklaracji. Zwiedzamy pałac chana i jego harem. Ten to miał ciężkie życie, chociaż Marek twierdzi, że na odwrót, lecz po chwili konsternuje… nas na to nie stać. Kończymy zwiedzanie i dalej w drogę przed nami Skalne Miasto. Wjeżdżam w sumie jak się okazało przez przypadek na płaskowyż naprzeciw Bakczysaraju i Skalnego Miasta. Widok, jaki się z niego roztacza zatrzymuje nas tu na dłuższą chwilę, czas dla fotoreporterów i zjeżdżamy na dół. Chyba nas znowu naciągnięto. Tym razem na przewodnika, który za 100 hrywien /chcieli 200/ pokaże nam drogę po bezdrożach na górę do Skalnego Miasta. Dokumentujemy nasz pobyt w mieście i zjazd na dół po Krzysia, który schodził na piechotę. Dzień się kończy, jednak po namowach Krzyśka decydujemy się jeszcze podejść ok. 1 km w górę do Monastyru, o kurna żeby nam się tak chciało tak jak nam się nie chce. Zaliczamy ta atrakcję mając już serdecznie dość zwiedzania. Wracamy i myśląc tylko o śnie jedziemy nocować na płaskowyż nad przepaścią. Nareszcie znowu chłodna noc w górach.
DZIEŃ 18 (25/08/2008)
Poniedziałek. Wcześnie rano bez śniadania, chyba się odzwyczailiśmy od jedzenia ruszamy w kierunku na Kamieniec Podolski. Przed nami ok. 900 km do pokonania w tym dniu. Rzucam pomysł ostatniej kąpieli i za Armiańskiem zjeżdżamy z drogi nad morze, chcemy pożegnać się z Morzem Czarnym poprzez kąpiel. Inicjuję tę operację i wchodzę do wody. Chłopaki po chwili za mną. Oni pokonują około kilometra przez zatokę osiągając głębokość około 30cm, z czego 10cm to był muł. Ja poddaję się po następnych 500-700 m. Jedno, co się zmieniło to głębokość mułu teraz jest jego 15 cm. Chyba musimy zrezygnować, albo wrócić po prowiant, aby nie umrzeć z głodu za nim osiągnęlibyśmy głębokość pozwalającą rozwinąć nasze talenty pływackie. Ruszamy w drogę do Kamieńca Podolskiego. Po drodze mała zmyłka w Mikołajowie. Następne spostrzeżenie i nauczka-jeśli nie ma drogowskazów na drodze to to właśnie oznacza, że tu należy skręcić. Po drodze mijamy masę wypadków a co zastanawiające, że 90% to zjazdy z drogi w rów, jeśli taki jest lub w przydrożne pola. Do Kamieńca dojeżdżamy o 2.30 w nocy. Wcześniej jednak udaje się w końcu przyłapać Policji mnie na przekroczeniu prędkości. Trudno mogłem sie spodziewać się przecież przed każdym miastem na Ukrainie stoją łapacze. Płacę nasz pierwszy mandat /100 hrywien/ w tej wyprawie. Docieramy do Kamieńca na nocne technoparty filmuję je po 3.20 pakuje załogę w bryczkę i postanawiam gdzieś tu w nocy znaleźć jakieś ciekawe miejsce pod biwak. Zdobywamy na 4 napędach wzniesienie naprzeciw zamku po półgodzinnym nawigowaniu wokół Zamku i walimy w zasłużone kimono.
DZIEŃ 19 (26/08/2008)
Wtorek. Wstajemy 8.30, śniadanie, naprawa a w sumie mocniejsze mocowanie bagażnika i jedziemy ponownie zwiedzać zamek i miasto. Odbywa się to w towarzystwie przewodnika Oleka. Zamek robi na nas wrażenie dodatkowe przez nawiązanie do literatury i historii w niej opisanej. Największe emocje pojawiają się przy ruinach wieży, w której wysadził się Michał Wołodyjowski.. Wychodzimy i po chwili spotykamy młodego Ukraińca Siergieja, który doskonale rozmawia po Polsku i on przedstawia nam jak się okazuje mocno kolorową postać jaką niewątpliwie jest Olek. Podobno wielokrotnie okradał turystów oraz oskarżono go o próbę zabicia miejscowego biskupa jakoby na zlecenie za spore długi, których narobił sobie u miejscowego światka przestępczego. Z Siergiejem jedziemy do Twierdzy Chocimskiej. W Chocimiu spotykamy grupę offroadowców z Polski /14 samochodów/. Rozstajemy się z Siergiejem i ruszamy do Borisziwa gdzie nad miejscowym jeziorkiem rozpalamy ognicho smażymy kiełbachę i nocujemy.
DZIEŃ 20 (27/08/2008)
Środa. Rano kąpiel w jeziorku i szalona decyzja na to, aby oddać kilka skoków z wierzy, którą tu postawili miejscowi. Mądry Polak…tak więc już po pierwszy skoku na szczęście z najniższej wysokości zabezpieczając się przed całkowita utratą slipek zaciągnąłem jak należy ściągacz i następne skoki obyły się bez dodatkowych niespodzianek. Suszymy namioty z wody, która się osadziła po porannej mgle, pakujemy bambetle i jedziemy z odsieczą na Zbaraż. Do Zbaraża spóźniamy się z odsieczą jakieś 350 lat, ale nic to, zwiedzamy go, jemy obiad, robimy zakupy do Polski wyszło po jakieś 6 flaszek na głowę i jedziemy do Lwowa. Po 17.30 zwiedzamy Lwów oraz cmentarz Orląt Lwowskich. Na cmentarz prowadzi nas miejscowy taksówkarz, który umawia się z nami na 30 hrywien a później chce 130 po fakcie, po raz kolejny ktoś chce nas wydukać. O godz 19.00 wyjeżdżamy z Lwowa do Polski. Wieczorem ok. 20.30 przed granicą zatrzymujemy się w Lackiej Woli u rodziny Krzyśka gdzie nocujemy, goszczeni po staropolsku.
DZIEŃ 21 (28/08/2008)
Czwartek. Przed 6.00 wyjeżdżamy do Polski, na granicy wydajemy ostatnie hrywny i wjeżdżamy w glorii podróżników odkrywców do Polski. Teraz już tylko… jakiś tam skok i …za Gliwicami na około 100 kilosów przed domem stało się to co musiało się w końcu stać…zaczęło się ślizgać sprzęgło. Dwie dziurki w nosie, skończyło się. Houk !