Sahara/Tunezja – Trening przed Dakarem
z Martyną Wojciechowską
z Martyną Wojciechowską
Dzwoni telefon…w słuchawce brzmi głos Kazbera.: „Żółty, wybierzesz się z nami na trening przed Paryżem-Dakar na Saharę? Jedziemy za cztery dni.”
I pojechałem, a tak naprawdę przeleciałem się z Martyną i Darkiem do Tunezji, gdzie czekał na nas na wyspie Dżerbie Kazber (pilot Martyny w Paryż-Dakar) z Pająkiem (kumpel Kazbera – uczestnik Malboro Adwenture Team) wraz z Toyota Land Cruiser – wersja Paryż-Dakar, którą nazywaliśmy Smokiem.
Po wylądowaniu w Tunisie udaje nam się wynająć Terrano II.
Dojeżdżamy Nissanem na Dżerbę, tam hotel-nocleg i wyjazd – kierunek Sahara poprzez tunezyjskie góry. Wieczorem jesteśmy w Doos. Krótkie błądzenie po okolicy w poszukiwaniu jakiejś noclegowni. Znajdujemy trzygwiazdkowy hotel z basenem – za jego murem zaczynają się piaski Sahary i nasza przygoda.
Szczęście nam sprzyja – dzieląc się na dwie ekipy udaje nam się złapać przewodnika, jakim jest mistrz Tunezji rajdów terenowych (chwała ci Allachu!)
Mamy już przejechaną trasę po Saharze i przygotowaną na próbę dla Martyny.
Następny dzień wyjazd dwoma autami na sprawdzian sił. Martyna, Kazber tną pustynią, a my próbujemy nadążyć jedynym szlakiem, jakim można przejechać przez pustynię. O dziwo okazuje się, że Toyota i Terrano są tak samo terenowe, jak składak Sokół jest podobny do „górala” za 5.000 zł.
Trasa kończy nam się po przejechaniu ponad 100 km piasku i pustkowia w oazie Ksar Ghilane. Tu spotyka nas szok (i to nie termiczny ani fatamorgana) – do dyspozycji turysty trafiającego w to miejsce jest basen, klimatyzowane namioty i daktyle wprost z drzewa (nocleg 100 US/1osobę). Rezygnujemy z nęcącej oferty i decydujemy się (o zgrozo) na nocny powrót przez pustynię. Martynę, Kazbera i jedynego przewodnika wraz z Toyotą, a dokładnie jej tylne światła próbujemy nie zgubić, co udaje nam się to przez pierwsze 15 minut. Wiedzeni intuicją, dziesiątkami śladów na piasku i nadzieją, że jedziemy dobrą drogą, napieramy do przodu.
I znowu szczęście – Są! Czekają! W duchu obiecuję sobie, że już nie odpuszczę – i daje nam się to do pierwszych 3 muld, czyli ok. 700 m przejechanej drogi. Wszyscy zaliczamy 3 razy potylicą dach w Nissanie. To nam uzmysławia jeszcze raz różnicę między Toyotą i Nissanem – ograniczamy prędkość i skupiamy się na tym, żeby utrzymać auto więcej bardziej na ziemi niż w powietrzu.
Kochanemu Kazberowi udało się w końcu zatrzymać Martynę za następne pół godziny. Jesteśmy już prawie w połowie drogi. Rosną szanse na to, że nie spędzimy w Nissanie nocy na pustyni. Wykopujemy się 2 razy i udaje nam się osiągnąć w końcowym etapie drogi prędkość przekraczającą 110 km/h. To dla Nissana i dla tej drogi przynajmniej o 40 km za dużo. Przeżyliśmy.
Pobudka rano i okazuje się, że mój organizm nie jest odporny na tunezyjską wodę i to, co w niej żyje (tak już będzie do końca wyprawy i jeszcze przez 2 tygodnie w Polsce). W mniejszym lub większym stopniu spotyka nas to wszystkich.
Bawimy się i uczymy się piasku jeszcze przez następny dzień. Wracamy do Tunisu – ja i Kazber plus Toyota przeprawiamy się promem przez Może Śródziemne (24 h), a reszta szczęściarzy korzysta z dobrodziejstw wynalazku, jakim jest samolot. Rejs to osobna historia, ale dopłynęliśmy, mimo moim obawom szczura lądowego.
Francja wita nas temperaturą ok. + 100C. Wpinamy się Toyotą w asfalt – kierunek Paryż. Jesteśmy tam grubo po północy. Temperatura spada do – 20C (informacja o tyle istotna, że auta startujące w rajdach pustynnych z reguły nie posiadają ogrzewania). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak zmarzł w samochodzie.
Na lotnisku bezowocnie próbujemy pozostawić nasze bagaże, gdyż auto musi zostać oddane w Le Manse. Jest druga w nocy, z imitacją mapy Paryża (jaką udało nam się wyrwać na autostradzie) wspólnie decydujemy się pokonać Paryż przez centrum. Ekstremalny pomysł, nie mniej jednak udaje się. Z Le Manse wracamy z prędkością 200 km/h TGV z powrotem do Paryża i stamtąd LOT-em do Polski.
Pozostał piasek w butach i, wspaniałe wspomnienia uwiecznione za pomocą aparatu i kamery.
Loading...