Cała wyprawa trwała 5 dni, natomiast samo wejście i zejście ze szczytu 3 dni. A nie było lekko. W pierwszy dzień Alpy przywitały nas złą pogodą. Pierwszy nocleg na rumowisku skalnym – popularna noclegownia dla „demoludów” i relacje Czechów, którzy zrezygnowali z wejścia, nie poprawiały nam nastrojów. Dopiero noc spędzona przez część grupy pod namiotami, a przez pozostałą w schronisku Tete Rousse, na wysokości 3167 m n.p.m., dała wytchnienie – rano pogoda poprawiała się.
Po szybkim, prostym śniadaniu ruszamy do kolejnego etapu wspinaczki – na początek „Kuluar Śmierci”. Jest to miejsce, gdzie zdarzają się śmiertelne wypadki spowodowane przez spadające głazy, które osuwają się z górnych półek kamienistego zbocza w wyniku rozpuszczania się lodu. Tym razem obyło się bez sensacji i większych strat (nie licząc utraty kasku, który zastąpiono innym – znalezionym w powrotnej drodze). Pokonanie tego odcina okupione było dla niektórych sporym wysiłkiem w związku z problemami wywołanymi wysokością i niedotlenieniem (dokuczliwy ból głowy, gorączka i mdłości), które znacznie utrudniały wspinaczkę. Krótki odpoczynek w Gouterze i wędrujemy dalej. Nocleg spędzamy w schronisku Vallot na wysokości ok. 4400 m n.p.m. Warunki nie były luksusowe – kilka materaców pod blaszaną budą pełną śmieci z całego świata (jedyne zresztą miejsce na ich pozostawienie podczas wspinaczki), i jak można się domyślać wątpliwej jakości smrodek. Ja wybieram namiot – taka sobie próba sił. Temperatura ok. – 300C (śpiwór na – 180C, komplet goretex, komplet polar, plus czapa i rękawice – nie dały rady), ale za to gwiazdy na wyciągniecie ręki i wręcz dziewiczy widok ośnieżonych gór pode mną i szczytu Mont Blanc nade mną, wywiera niezapomniane wrażenie. Wiem to, bo o trzeciej decyduję się wyjść za potrzebą. Po 45 minutach zmagania się z monolitem, jakim stały się moje buty, stuptuty i raki – jestem już na dworze. Tej nocy nie przesypiam ani sekundy. Aby dotrzeć na szczyt i zejść do Tete Rousse przed zmrokiem musimy wyruszyć o godz. 6,00 (pozostawiając następnych Czechów i ich soki trawienne na śniegu za plecami). Wykonujemy kilka, tysięcy może kilkanaście tysięcy kroków (z przerwą po każdych dwóch krokach) i jesteśmy już na szczycie. Dobra pogoda wynagradza nam tą katorgę i towarzyszy nam do końca. O godzinie 10-tej szczyt Mont Blanc zostaje osiągnięty – 4810 m n.p.m. – pierwszy raz w życiu doznaję takich silnych emocji – pełna euforia i uczucie bycia ponad wszystkim co materialne i niematerialne.
Po kilkugodzinnym mozolnym schodzeniu w dół dochodzę do wniosku, że folia ENRC nieprzydatna nocą, może przydać się właśnie teraz – ja i mój plecak zaliczamy 600-metrowy zjazd głową w dół na folii, pozostawiając za plecami rozżalonych towarzyszy wyprawy.
Zejście, nocleg w Tete Rousse i zjazd następnego dnia Tramwajem du Mont Blanc do St. Gerwais kończy wyprawę.
Koszt całej wyprawy to 3000 zł, w tym wyżywienie, dojazd oraz wypożyczenie sprzętu i niezapomniane wrażenia na całe życie.